• Wpisów:12
  • Średnio co: 25 dni
  • Ostatni wpis:50 dni temu
  • Licznik odwiedzin:1 962 / 327 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Jeeez...........

Właśnie napisałam post na temat treningów z youtuba.

Pinger wszystko usunął przed dodaniem, zaciął stronę.

Dziękuję.

Nie mam siły pisać tego drugi raz.

Więc wypiszę tylko to co dzisiaj za mną:
- rozgrzewka z Ewą Chodakowską
- "Trening odchudzający" z kanału Fit Lovers (10 min cardio)
- "Six pack workout 10 min" z kanału Gym Break (20 ćwiczeń)
- Pośladki z Mel B (my fav <3 )



@andreeabirsan_






@claudia_holynights


@iindiefoxx


@livabambale


@samanthamariko


@cassey_cakes


@fashionardenter


@lamiayasmin




@palancanoire
 

 
Cześć i czołem.

Tak jak w tytule - marzec w moim Bujo -> przedstawię główne założenia, mam nadzieję, że kogoś zainspirują.

Na początek - czym jest BuJo? Może wyjaśnię czym jest BuJo dla mnie...

Skrót pochodzi od słów "Bullet Journal" i jest to tak naprawdę nic innego jak spersonalizowany dziennik, który robisz sam/a, decydujesz co będzie w środku, ozdabiasz itp. Większość ludzi kupuje piękne dzienniki, rysuje mnóstwo ozdób przy każdej kartce, ale dla mnie to po prostu zwykły zeszyt na który przelewam moją kreatywność, plany, pomysły... wszystko razem.
Dlatego też nie wstawię zdjęć, bo nie ma czego. Wszystko jest pisane długopisem, czasem jakiś "tytuł" powiększę ale to tyle. W moim przypadku np. nie sprawdza się rysowanie kalendarza, bo od tego mam oddzielny brulion. Właśnie to uwielbiam w BuJo, że nie masz narzuconych "rubryczek" wszystko dostosowujesz pod siebie i w tym poście pragnę wam przedstawić moje



1. Filmy do obejrzenia
Chyba nie muszę wiele wyjaśniać. Zastanawiałam się jak to ogarnąć, bo tak rzadko mam czas na nie, a tyle jest świetnych. Postanowiłam w każdym miesiącu przypominać sobie premiery z tegoż właśnie miesiąca tylko rok wcześniej (bo aktualne filmy są trudniej dostępne w necie). Moja lista prezentuje się następująco:
- Captain Fantastic
- Chata
- Mr. Gaga
- Zwariować ze szczęścia
- Wyklęty
- Piękna i Bestia
- Azyl
- American Honey
- Dalida, skazana na miłość
- i najnowsza część Greya (ale to już mogę odhaczyć )

2. Places I've been - tutaj mam zamiar zapisywać miejsca, w których w tym mscu byłam, żeby nie zapomnieć, ewentualnie zapisać gdzie chciałabym pójść.

3. Shopping list - tutaj zapisuję to, co mam zamiar na pewno kupić w tym miesiącu. Nie są to jednak jakieś wyimaginowane rzeczy, marzenia typu torebka Chanel, ani też na siłę, tylko konkrety. Jak na razie na mojej liście widnieje piłka do rollowania.

4. Dance Plan - to akurat bardzo osobista część BuJo. Biorąc pod uwagę , że tańczę zrobiłam sobie rozpiskę treningów w tygodniu.

5. Plan nauki do matury - rozpisałam co powtarzam, którego dnia, ale myślę, że to jeszcze trzeba dopracować, bo u mnie angielski we wtorek potrafi oznaczać zrobienie jednej kserówki -.-

6. Fitness plan - tu potrzeba odrobiny wyjaśnienia. Jestem osobą raczej aktywną, a krótko mówiąc - tańczę, więc aktywność fizyczna w mniejszym lub większym stopniu jest w moim planie dnia. Chcę jednak uświadomić was i trochę zajęło zanim uświadomiłam siebie, że taki trening spala niewiele kalorii, nie mówiąc o jakimkolwiek rzeźbieniu ciała.
*Mówię o moim treningu, nie o każdym tanecznym, bo to wygląda zupełnie inaczej.
Zdarza mi się chyba jeden w tygodniu trening taneczny taki bardzo intensywny natomiast reszta... no niestety.
Dlatego dla własnego dobra, samopoczucia, kondycji no i nie ukrywam... sylwetki na wakacje muszę zacząć ćwiczyć.
Ale przez fakt, że pakiet 'wyjście, trening, powrót' zajmują mi jakieś 3 h, czasami więcej nie mam czasu na długie treningi czy siłownię. Dlatego wymyśliłam sobie taki mały fitness plan żeby w ogóle od czegoś zacząć. Polega to na tym, że każdego dnia skupiam się na innej części ciała i ćwiczę jakieś min. 10 min, jak mam czas i chcę to więcej. Kluczowa jest tutaj kolejność: brzuch, pośladki, talia, uda, ręce. I tak w kółko, przez to ,że jest tych "kategorii" pięć, każdego dnia ćwiczę coś innego. Kiedyś próbowałam, ale nie sprawdziło się u mnie coś w stylu "w poniedziałki to, a we wtorki tamto".

7. Habit Tracker - to po prostu tabelka, w której każdego dnia odznaczamy dobry nawyk który chcielibyśmy nabyć. Szczerze? Nigdy nie udało mi się jeszcze być w tym super systematyczną, ale nie ukrywam że pomogło mi wyrobić pewne nawyki.. nad innymi wciąż pracuję.

Pod koniec miesiąca zrobię podsumowanie powyższych elementów.

Czekam na wasze pomysły związane z planowaniem, realizacją celów i BuJo
 

 
Nie było mnie tak długo na blogu, którego miałam ze skrupulatnością pisać, na którym wszystko mi się podobało
(chyba pierwszy raz) - tło, nick, obrazki generalnie all, a jednak zapomniałam o nim kompletnie - to chyba obrazuje idealnie mój stan życiowy, że tak to ujmę... o wielu rzeczach zapomniałam.

I ciągle tyle jeszcze do zrobienia...

Chciałabym powiedzieć "ALE NARESZCIE PRAWIE ŚWIĘTA", wbrew pozorom nie lubię samych świąt... chociaż może 'nie lubię' to za dużo powiedziane - ale wolę samą atmosferę czekania na święta. Teraz przyszło mi do głowy, że chyba z tzw. braku laku. (braku wyboru - znacie to powiedzonko nie? ) Inaczej jest u ludzi, którzy spędzają święta w dużym gronie rodzinnym; u mnie pomimo, że grono jest niewielkie, a ostatnio wręcz bardzo małe to typowo polskie. I nie, nie mam na myśli tradycji czy czegoś w tym stylu - grono jest typowo polskie, bo wiecznie narzekające. I to niestety już od połowy okresu przedświątecznego. "Nie wiem co ci kupić na prezent, nie kupujemy w tym roku, zawsze musi być z tym problem." "Tyle się nagotowałam, tyle roboty z tymi świętami" "To wszystko takie drogie" "Zimno" "Nie ma śniegu, brzydko jest, nie ma atmosfery" "To gdzie idziemy na święta?" "Może przygotowałabyś coś normalnego a nie wymyślne jakieś wegetariańskie?!"
Takie gadanie, pragnę dodać często przeradza się w kłótnię. Człowiek zmęczony półroczem, święta stanowią taki przystanek, odpoczynek, a robi się gorszy zamęt niż w "everyday life".

Cóż, nie miałam pomysłu na post, a taka w głowie kołatała mi się myśl na temat tego... na temat tego jak dobrze mogłoby być gdyby tak.. wszystko odpuścić.

Pozdrawiam gorąco xoxo
 

 
Zjedzone:
- 2 brzoskwinie
- 4 wafle ryżowe
- Donut z cukrem
- 3 kanapki z białym serem i lutenicą
- maślanka straciatella
- kawałek melona
- 3 kawałki smażonej ryby, brokuł, ogórki kiszone
- maślanka straciatella na przemian z waflami ryżowymi
- 2 kawałki przepysznego ale masakrycznie kalorycznego ciasta wg. przepisu mojej mamy (całe z masła, w polewie na bazie masła)

Zastanawiacie się pewnie co tu robi ten np. donut.
Ja też.
Ale niestety tak mam dość często - robię zakupy i jem. Biorę coś i zaczynam jeść w sklepie, oczywiście nie całość zawsze zostawiam minimum połowę żeby zapłacić i nie wyglądać jak wygłodniałe dziecko chociaż zirytowane miny kasjerek już za bardzo mnie nie ruszają. I tak sobie biorę, bo najdzie mnie ochota, a potem wiadomo - dokończy się, bo tak mało zostało itp.
To najgorsze podejście jakie może być.
4-5 mniejszych posiłków <- to jest naprawdę klucz do sukcesu. Znany, ale dla mnie niestety nie taki prosty. Raz, kiedyś trzymałam się skrupulatnie i ćwiczyłam z Chodakowską przez tydzień. Podziałało, czuć było zmianę. Po tygodniu już trzymanie tego zorganizowanego stylu życia umknęło razem z efektami, ponieważ wymaga czasochłonnego przygotowywania posiłków i..

Właśnie zauważyłam, że znowu to robię.
Zaczęłam pisać ten post żeby podsumować siebie samą i jednocześnie zmotywować na zasadzie juhu ok, było tak jak było ale będzie super, a ja daję kolejne wymówki czemu tyle jem, czemu nie stosuję się do prostych zasad. Może czas z tym skończyć i próbować od nowa. Tym bardziej skoro wiem, że się da!

Teraz zrobiłam Chodakowską. Skalpel. Nie ćwiczę z nią, ani wgl z filmikami z YouTube prawie wcale, kiedyś robiłam to zdecydowanie częściej i pamiętam jak w jednym ze swoich treningów mówi "Kiedyś te ćwiczenia staną się tylko codzienną przyjemnością". Fakt - jeszcze kilka lat temu skalpel stanowił dla mnie wyzwanie, później taki trening na zasadzie - męczący, ale dobry żeby się ruszyć; teraz - faktycznie jest dla mnie przyjemnością, ćwiczenia są dość 'lekkie' chociaż i tak się pocę.
Dlatego nie postrzegam tego jakoś tak super yeah ale dzisiaj zrobiłaś trening, raczej na zasadzie najważniejsze to rusz tyłek.

A to czasem jest o wiele trudniejsze niż samo wykonanie jakiegoś ćwiczenia.

Jutro ja - duża, ciężka i nienajmłodsza na takie rzeczy osoba zaczynam akrobatykę!!! Zawsze chciałam to robić, ale o ile czegoś spróbowałam wychodziłam z kontuzjami, ponadto mam i to nie jedną. Boję się strasznie bo a) nie chcę sobie zrobić krzywdy co jest bardzo proste, wiem o czym mówię b) z drugiej strony nie chce być tam ciamajdą.
Bądźmy dobrej myśli.
 

 
Czy to oznacza, że właśnie chcecie się dowiedzieć wszystkiego? Tylko właściwie czego? Tak czy owak trafiliście dobrze!
Pierwsza myśl i nieoryginalny tytuł posta to "hm... ten post będzie w sumie o niczym".
Ale jak to o niczym?! Właśnie nie, będzie po prostu o wszystkim... pisząc to jeszcze mi bliżej niezidentyfikowanym, ale wszystkim!

A może podsumuję po prostu dzisiejszy dzień, a więc:

26/08/2017

Staram się poprawić swoje zdrowie już od dłuższego czasu, niestety mam problemy z żywieniem i nie da się ukryć - to są problemy. Nie jest to jednak anoreksja ani bulimia, ja wręcz nie jestem w stanie zwymiotować nawet po dużej ilości alkoholu i próbach wkładania sobie palców do gardła (wybaczcie, że tak trochę obrzydliwie się zrobiło ale któż nie próbował?). Chodzi raczej o podjadanie, obżarstwo i niekontrolowane objadanie się tylko może wygląda to trochę inaczej niż w waszym wyobrażeniu - nie rzucam się na lodówkę, ale jem to co wezmę, potem następną rzecz, i kolejną i tak potrafię zjeść tak jak dzisiaj - bułkę czosnkową, łososia z ziemniakami i ogórkami (super obiad btw powinien wystarczyć ale..) kaszkę z mlekiem, suchą owsiankę i tak dalej... jak widać mam nawyk jedzenia co popadnie. I żeby nie było wątpliwości - to nie był całodzienny jadłospis, to była kolacja. Mam rozepchnięty żołądek, fakt. Dlatego chciałabym coś zmienić. Dzisiaj nie było dobrze jeśli chodzi o zmiany, ale staram się każdego dnia.

Słynne 2 litry wody też mi nie wchodzą, po prostu zapominam.. ale teraz siedzę pijąc także powoli do przodu.

Wyruszyłam dzisiaj na poszukiwanie moich jesiennych must have, bo w końcu ostatnie dni wyprzedaży... chyba to już mój 3 czy 4 wypad w ciągu wakacji pt. "bo wyprzedaż i zaraz nie będzie". Kiedyś chodziłam NA ZAKUPY i kupowałam wszystko co mi wpadło w oko, nieważne ,że pięćdziesiąta bluzka a naprawdę fajnych spodni zero.. Gdy zaczęłam być trochę starsza zauważyłam, że zbyt duża ilość ubrań i generalnie przedmiotów przeszkadza mi w codziennym życiu. Przytłacza mnie po prostu. I chodź wizualnie minimalistką nie jestem i stosy przeróżnych niepotrzebnych rzeczy wypełniają mój dom to jednak wewnętrznie uważam, że minimalistką jestem.. no, albo mogłabym być. Mam po prostu takie wrażenie, że gdy się wyprowadzę to będę chciała posiadać niewiele. Może dla niektórych to nieco dziwne ale tak właśnie jest.
Ulala zupełnie zboczyłam z tematu.
A miałam na myśli w skrócie - moje podejście do zakupów zmieniło się - teraz idę ze sprecyzowaną listą rzeczy, dzisiejsza wyglądała tak: klasyczna czapka z daszkiem może być zamszowa, luźne szorty najlepiej z wyprzedaży lub jeansowe ale musiałyby być naprawdę bardzo ładne, kolczyki kółka ale bardzo bardzo malutkie, czarne skórzane sztyblety najlepiej z jakąś klamrą.
Nie kupiłam nic z tej listy i znając mnie narzekałabym, że zawsze jak ja czegoś chcę to tego nie ma, a tak to pełno szortów, pełno butów, czapek.
Ale nie.
Znalazłam coś absolutnie świetnego - spodnie.
Od dawna mi się podobały, ale raczej nie miałam zamiaru kupować, bo powiedzmy, że są takim no najmodniejszym trendem więc wiedziałam, że takich idealnych, jak to się mówi - instagramowych nie znajdę w korzystnej cenie no i też nie staram się ulegać takim sezonowym 'musthave' , bo potem moja szafa wygląda tak jak wygląda - pieniądze wyrzucone w błoto i tyle. Z dzisiejszym nabytkiem będzie jednak inaczej. Nie jestem osobą, która uważa rozwodzenie się na temat zakupów za jakieś szczególnie interesujące, ale myślę, że na uwagę zasługuję kolekcja Conscious w H&M, która jest po prostu ekologiczna. Wykorzystywane są w niej materiały organiczne lub pochodzące z recyklingu m.in. poliester BIONIC wyprodukowany w całości z przetworzonych plastikowych odpadów wyrzucanych przez morza i oceany. Wow, dla mnie to coś niesamowitego! Jeśli tak możemy chronić środowisko to czemu nie, mi to jak najbardziej odpowiada. Zainteresowałam się, bo z tej kolekcji pochodzą moje przepiękne spodnie, znalazłam je nawet na stronie kosztują 150 zł - moje tylko 40 zł dlatego obawiam się czy nie jest z nimi coś nie tak co być może przeoczyłam (już tak kiedyś miałam, kupiłam cały podziurawiony na plecach kardigan...). Pierwszy raz zobaczyłam nazwę Conscious w H&M kilka lat temu i nie wiem czemu ale myślałam, że to jednorazowa akcja, zbiórka na jakiś cel charytatywny poprzez sprzedaż ubrań czy coś. Cieszę się, bo oprócz fajnego łupu mam coś co nie jest kolejną słabą jakościowo szmatką i dlatego finalnie uważam zakupy za udane. Będę starała się dążyć do tego, by moje zakupy były o wiele bardziej świadome.

Na koniec tylko tyle, że planuję założyć tumblra, link pojawi się wkrótce, good night xx
  • awatar Malus_Corporis: 1. Cześć :) 2. I can relate. Zupełnie jakbym czytała o sobie, takie podjadanie jest okropne, a najgorsze jest to, że mimo że czuję się po tym ciężko, to nie satysfakcjonuje mnie to jako posiłek, bo prawie przestałam zauważać, że jem. Obecnie z tym walczę, bardzo pomogła mi w tym lektura książki eat. stop. eat. Brada Pilona 3. Co do minimalizmu to sprecyzowana lista rzeczy bardzo pomaga. Czasami znajomi narzekają, że idę na patrzing, a nie na shopping, ale wcale mnie to nie drażni, wręcz odwrotnie, cieszy mnie świadomość, że jestem świadomym konsumentem. Co do marki h&m to oczywiście lepiej kupić coś z serii concious, ale ja uważam, że jest to tylko trik marketingowy żeby włączyć się w eko modę. Z drugiej strony- chyba wszystkie sieciówki to robią, więc w zasadzie nie znam dobrego rozwiązania. Chyba, że second-handy, ale tam to tylko perełki się trafiają, a większość to niestety odpady. 4. Tumblr jest moim najlepszym poprawiaczem humoru. Pozdrawiam xx
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Zastanawiałam się co napisać w pierwszym poście.. w ogóle długi (jak widać..) czas zastanawiałam się jak tu po prostu jakoś zacząć. Z doświadczenia wiem, że pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy, w sumie kolejny też niełatwy.. i kolejny trudny.. ale zawsze i tak o niebo lepiej niż na początku.
Dlatego pomyślałam, że skoro są wakacje wielu ludzi postanawia podróżować, częstym kierunkiem staje się Warszawa - bilety tanie, można sobie nawet przylecieć czasami taniej niż dojechać; i tak o to powstał pomysł na mały kulinarny przewodnik. I wcale nie będzie on taki oczywisty.
Obecnie Warszawa jest miastem, w którym mieszkam i chociaż dostrzegam w niej wiele wad... hm.. a może to jest po prostu kwestia miejsca w którym mieszkam, nieważne! Nie o wadach tutaj. Chciałam napisać o miejscach znanych, miejscach, które przyciągają wizerunkiem - czy to w mediach czy to ładnej framugi i świeczek w oknach - po prostu o miejscach na które łatwo wpaść (i niestety czasem się przewrócić).



Trattoria Rucola - tę włoską restaurację znajdziecie w Centrum, na Starym Mieście oraz na ul. Francuskiej blisko Stadionu Narodowego. Przyciągnie was uroczym ogródkiem no i... oczywiście włoskim insta lookiem. Opinii na temat tego miejsca w internecie nie sprawdzałam, podejrzewam, że mogą być całkiem niezłe, miejsce do najtańszych nie należy, ale z innego powodu trafiło u mnie na pierwsze miejsce na liście - takie ładne, a okazało się tak słabe.
Podkreślam, że byłam raz więc nie chcę całkowicie tego miejsca przekreślać. Zamówiłam tam sałatkę za 31 zł, podobną do tej na zdjęciu ale trzy razy uboższą w składniki... dostałam górę, po prostu górę rukoli z rukolą polaną octem balsamicznym i sosem malinowym + (dwa lub cztery, nie pamiętam) malutkie kawałeczki koziego sera. Było tragicznie suche, mdłe i skończyło się w najmniejszym pomieszczeniu mojego domu.. Próbowałam odszukać tę sałatkę w menu na stronie - już jej nie ma



Lodziarnia Malinova - znajduje się przy al. Niepodległości (Mokotów) całkiem niedaleko od centrum. Dlaczego postanowiłam ją tutaj umieścić? Bo chodzą słuchy, że to najlepsza lodziarnia w Warszawie z czym się zdecydowanie nie zgodzę. Po czymś co jest 'najlepsze' spodziewałabym się wybornego smaku, chociaż jadłam tam dawno pamiętam ich lody jako bardzo przeciętne, jako estetka lubię wyjątkowe, często bardzo skromne wnętrza - to nie przyciąga niczym



Zapiecek - polskie pierogarnie... czy ktoś tam jeszcze nie był? Myślę, że tak. Czy ktoś nie dostał jeszcze zacnej zapieckowej ulotki? Myślę, że nie.
Warszawska sieciówkowa pierogarnia - naprawdę bardzo smaczna. W okolicach Starego Miasta jest chyba z 5 lokali, w centrum ze dwa i jeden na Kabatach. Wiadomo, że miejsce ma przyciągnąć zagranicznych turystów chcących spróbować polskiego przysmaku - i co tu dużo mówić spełnia swoje zadanie, nie tylko smakiem ale również bardzo klimatycznym wnętrzem. Próbowałam tam jeszcze sangrii XXL (jak widać są otwarci na różne kraje haha) , była pyszna i duża.



Mr. Pancake - już nie taki warszawski rodzynek, bo pankejki zjecie również z tego co mi wiadomo w Gdyni i Krakowie. Czy na to miejsce jeszcze jest szał? Kiedyś był na pewno, wg. mnie jest to miejsce do którego pójdzie się raz, nie z konkretnej okazji, nie by się najeść tylko dla samego faktu spróbowania jak smakują te słynne amerykańskie pankejki oblane toną czekolady, piankami, m&msami i generalnie wszystkim. Wrażenia są takie - smak dobry - pancake to pancake, oreo jak oreo wiadomo, że pyszne, wszystko słodkie, kaloryczne, ciężkie ale ogólnie na plus. Jedyne co mogę polecić to albo jedzenie porcji lżejszej typu z owocami, syropem klonowym albo zamówienie takiej super słodkiej wersji na pół z kimś. Wnętrze (teraz podobno zmienione, ale ja byłam na powyższym) niby takie a'la hipsterskie ale właściwie wyszło trochę żałośnie, obklejone randomowymi naklejkami, nieco stare.. może teraz jest lepiej. Btw można zrobić fajne zdjęcia ;p



Krowarzywa - hmm.. też chyba nikogo tym miejscem nie zaskoczę. W centrum lokale są dwa, znajdziecie je również w Łodzi, Krakowie i Białymstoku. Zostawiłam na koniec, bo po prostu uwielbiam! Przede wszystkim, bo jest wegańsko i zdrowo, naturalnie, bez krzywdy; druga rzecz to, że jest pysznie! Nawet jeśli jesz mięso musisz po prostu spróbować tych pysznych burgerów jeżeli nie było wcześniej takiej okazji. Uwielbiam ich za nazwę! Absolutnie polecam to miejsce ze względu na jeden prosty fakt - najesz się i wyjdziesz z satysfakcją, a chyba o to chodzi.

To pierwsza część znanych miejsc na kulinarnej mapie Warszawy, na pewno zrobię drugą. Czekam na wasze opinie o tych i innych miejscach, liczę, że polecicie mi najlepsze zakątki nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce!
* Szczególnie liczę na Kraków, bo tam się nie długo wybieram


Greetings ;x
 

 
Pierwszy tu, nie pierwszy na pingerze..

WITAJCIE

Będzie tu po prostu trochę z mojego życia, tego co robię jak, gdzie, kiedy.

Generalnie wszystko.

Ale w przybliżeniu tematy to: zdrowy styl życia = wegetarianizm; moja wizja mody, taniec & efektywne trenowanie, pozytywne myślenie, podróże, ciekawe miejsca, minimalizm,inspiracje.

Jeśli cokolwiek jest ci bliskie - zostań na dłużej